Lato przyszło

Czuję niespożytą chęć napisania nowej notki (być może pod wpływem lektury „Dzienników” Virginii). Potrzebę uwiecznienia, zrelacjonowania przebiegu bieżących wydarzeń i moich stanów emocjonalnych. Powinnam być bardziej konsekwentna, wiem to. Tym bardziej, że pisanie to jedyna, w moim przypadku, skuteczna forma ujścia emocji. (No i spanie. Uwielbiam spać, to lek na każde zło.)
Piszę to na szybko, bo czeka mnie mnóstwo pracy nad notatkami w związku z poniedziałkowym, zbliżającym się wielkimi krokami (mogłyby te kroki być mniejsze, bardziej ociężałe i powolne) egzaminem. Nadeszło lato, a jednak za oknem jesień. Myślałam, że będę czuła, że jest lato – że nieludzkie upały, prażące słońce, duszne poranki i jedynie nocą znośne chwile ochłodzenia – ale nie czuję, czuję, że jest jesień. I nawet mi to nie przeszkadza. Może dlatego, że lato od dawna już nie jest dla mnie latem, a szeregiem zamglonych, rozmytych w jedność dni, dłużących się, połączonych w jeden gruby sznur, wypełnionych lękiem i niepokojem, i jakimś dziwnym uczuciem wszechogarniającej rozpaczy. Mimo wszystko, chciałabym, żeby tym razem tak nie było.
Zaraz całe to zabieganie się skończy. Jeszcze trochę i będę mogła zasiąść do pisania mojej powieści w spokoju i harmonii, ale na razie wydaje się to bardzo odległe.

Tymczasem stosy notatek czekają i wołają, a wyrzuty sumienia gryzą coraz bardziej.

25!

Gdy kończysz 25 lat, zaczynasz dokonywać pewnych podsumowań, segregować wspomnienia.

Pamiętam swój pierwszy pocałunek. Był późno. I był z koleżanką. Nie podobał mi się. Najwidoczniej nie byłam wtedy aż tak upojona alkoholem. Zresztą opamiętałam się, jak tylko zaczęła wpychać swój jęzor do mojego gardła. Z perspektywy kilku lat, po tamtych wydarzeniach, myślę, że gdybym miała się jeszcze kiedykolwiek całować z kobietą, musiałby to być ktoś naprawdę Wow. Ktoś naprawdę Super. Ale jednak pozostanę przy facetach.

W tym roku, a właściwie w tym miesiącu udało mi się zakończyć wieloletnią pseudoprzyjaźń, do czego zbierałam się zresztą od wielu miesięcy. Wystarczyła jedna chwila, by nastąpił nieplanowany przypływ odwagi, bariera runęła, a wszelkie hamulce odpuściły. Jak ja to niedawno określiłam? Że był to jedynie humorystyczny dodatek uwieńczony głupawo-szyderczym iksde. Może nawet to iksde przeważyło szalę. Lekcja do zapamiętania: skrajni egoiści się nie zmieniają, nie ważne jak gorące, rozpaczliwe będą ich zapewnienia i obietnice. Nauczyłam się też, że gdy jedni ludzie odchodzą z naszego życia, inni do niego wracają. Bo życie nie znosi próżni.

Nie ukończyłam jeszcze mojej książki. Ale ukończę, spokojnie. Po mału staram się uporać z moimi paranojami oraz w ogóle ze wszystkim, co blokuje moje działania i odbiera energię.

W tym roku po raz pierwszy (i tym incydentem absolutnie nie powinnam się chwalić!) upiłam się niemal do nieprzytomności, aż urwał mi się film. Tyle nerwów, ile mnie to kosztowało wiem tylko ja. Nikomu nie polecam, nikomu nie życzę.

Nadal czuję się młodo, nadal wyglądam tak samo i z dumą macham przed nosem podejrzliwym kasjerom moim dowodem osobistym.

Jakiś morał, złota rada, życiowa nauka? Nie ma i na razie nie będzie – może tylko tyle, żeby iść do przodu i robić swoje. I jakkolwiek banalnie to nie zabrzmi, podążać za marzeniami. Bo w gruncie rzeczy, gdy dzień się kończy, a zasłona opada, tylko one nam zostają.

Ciekawe…

…jak to jest być naprawdę szczęśliwym człowiekiem?

Jutro mam egzamin i cóż… Czuję, że szału nie będzie. Oj, zdecydowanie nie. Podobno cuda się czasem zdarzają, ale… chyba nie na studiach.

Mam taki chaos, mętlik w głowie, że naprawdę ciężko na czymkolwiek się skupić. Są jakieś pomysły, są różne wizje, scenariusze, ale… Przyszłość jest niepewna i to mnie strasznie wkurza.

Jedyny pozytyw jest taki, że nie jestem już w nikim zakochana. Tak jest o wiele, wiele lepiej, mam więc nadzieję, że ten stan utrzyma się dłużej.

Nie mogę przyzwyczaić się do nowego wyglądu serwisu i w ogóle mojego bloga. Nie wiem, jakieś to wszystko surowe się wydaje. Jestem tu tylko ze względu na mój sentyment do tego bloga, który, bądź co bądź, istnieje już ponad osiem lat! No…

Pogubiłam się.

WTF, co tu się porobiło?!

Patrzę, patrzę i… nie podoba mi się to, co widzę!

Za każdym razem, gdy wchodzę w panel administracyjny, pojawia się okienko, które namawia mnie do ulepszenia swojego bloga (cokolwiek to znaczy). Dokonałam małego eksperymentu i założyłam drugiego bloga, poświęconego moim opowiadaniom i takim różnym. I albo coś ze mną nie tak, albo z twórcami tego serwisu, bo ja nie kumam, jakim cudem zakładajac bloga na blog.pl trafiam w ostateczności na wordpress’a, który jest swoją drogą tak badziewny, nieczytelny, mało przejrzysty i odpychający, że ojapierdole. Dla mnie porażka, co się tutaj porobiło i nie dziwię się, że przez lata ten portal tak bardzo stracił na popularności…
Jak widać, nie warto czegoś zmieniać na siłę. Nieudolna próba unowocześnienia serwisu przyniosła odwrotny skutek do zamierzonego.

I’M BACK!

UFF. O matko. Dobra, wróciłam. :D 

Znów zapomniałam o blogu, niby założyłam nowego, ale inny, bardzo popularny serwis średnio spełnia moje oczekiwania, podczas gdy temu jestem wierna od yy <liczy>… ośmiu lat?! Wow, ale zleciało :) Pamiętam, że wtedy niezbędnym warunkiem do założenia bloga było wysłanie sms’a…
Nie wiem, czy tu jeszcze ktoś zagląda, ale jeśli tak, to noszę się z zamiarem założenia bloga z opowiadaniami i innymi, sama nie wiem, jak to nazwać, no powiedzmy… – moją twórczością. :P Do której, bajdełej, podchodzę baaardzo krytycznie i strasznie mi serce łomocze za każdym razem, gdy ktoś ma czytać moje wypocinki. 
Eh, tak cóż, to na tyle. :)

Poniedziałeeek.

Dziś na angielskim wyszło na to, że mam jakieś strasznie radykalne poglądy, bo przyznałam rację dziewczynie, która stwierdziła, że zamiast testować kosmetyki na zwierzętach, powinno się takie eksperymenty przeprowadzać np. na mordercach. Szczerze mówiąc, zdziwiło mnie to, że więcej osób nie poparło tego pomysłu. No, ale cóż, widocznie bardziej rusza mnie cierpienie niewinnych zwierząt niż kogoś, kto pozbawił życia innego człowieka. 

Jestem padniętaa. To jest ta chwila, kiedy jedyne na co mam ochotę, to wziąć kubek gorącej herbaty i obejrzeć jakiś odcinek How I Met Your Mother. :P
 

Jesień, jesień… i stagnacja.

Jest dość chłodny, typowo jesienny dzień. Za oknem już prawie ciemno, a ja jeszcze będę musiała wyjść. Daaaamn.

Właśnie sobie zdałam sprawę, że ostatnimi czasy ZA DUŻO MYŚLĘ. A za mało robię. Ciągle wynajduję sobie problemy, zamartwiam się, rozważam różne koncepcje swojej przyszłości… a może powinnam się trochę zdystansować i po prostu zaczął działać? Próbować różnych rzeczy, poznawać nowych ludzi. Szukać swojej drogi. 
Zauważyłam, że mnóstwo czasu i energii tracę właśnie na siedzeniu i rozmyślaniu. I teraz myślę, że już mnie to po mału męczy.
Kolejną sprawą jest to, że za każdym razem, kiedy próbuję pokazać, że pewna osoba jest mi obojętna, zawsze to wychodzi wręcz odwrotnie, czyli tak jakbym była obrażona, miała focha… A tak przecież nie jest. Chyba. W takiej dziwnej relacji nie znajdowałam się jeszcze nigdy. I tu nawet nie chodzi tylko o konflikt natury etycznej (Boże, jak dobrze, że moi znajomi z uczelni nie wiedzą o istnieniu tego bloga). ;)
Dziś czeka mnie drugie spotkanie redakcyjne naszej gazetki. Zobaczymy co z tego będzie. ;)

Nie chce mi się spać.

Chciałabym pójść do pracy.

Chciałabym wysłać te zdjęcia.
Chciałabym napisać opowiadanie. Potrzebuję inspiracji!
Chciałabym napisać (wreszcie) artykuł. Inspiracja mile widziana!
Chciałabym mieć kogoś, kogo prawdopodobnie nigdy nie będę miała.
Chciałabym to jakoś uporządkować, a znowu wszystko zmierza do tego, że zaczynam planować za dużo rzeczy na raz.
Spokojnie, powoli.
NARESZCIE wolne.

No tak.

Kto to może wiedzieć, co drugiemu człowiekowi w głowie siedzi…

Ale tak sobie pomyślałam – może jemu jest trudniej, niż mnie?

To takie dziwne, poczuć coś do kogoś, do kogo się nie powinno tego poczuć (może nawet się zakochać) wbrew wszystkim zasadom. Na przekór światu. Niby takie nierealne, niby istnieje bariera, a jednak…
Paradoksalnie brak odpowiedzi to dobry znak. Chyba. Próbując pomóc, ułatwić sytuację, jeszcze bardziej ją skomplikowałam, ale to było potrzebne i nie żałuję tego kroku. A niech wie, co mi tam. Zrozumiałam też, że to nie tak, że jakiś człowiek jest niedostępny dla nas – czasem po prostu może mieć takie problemy, taki chaos w swojej głowie, że nie potrafi się z tym uporać i otworzyć na drugiego człowieka. W głowie, w myślach wszystko wydaje się prostsze niż jest faktycznie. I kiedy przychodzi moment, że trzeba zrobić zdecydowany krok niektórzy panikują i wolą nie robić nic.  
Czasem strach jest silniejszy i trzeba znaleźć sposób, by go pokonać. Łatwo nam jednak doradzać innym, wpajać im złote porady, do których sami nie potrafimy się zastosować. 
Może taki obrót spraw to nie jest najgorsza rzecz? Czy jest sens jeszcze się łudzić? Wiem, że nic z tego nie będzie, a jednak tak ciężko zrezygnować, odpuścić… zwłaszcza gdy miało się w sobie tyle nadziei.

Mhm. Było, ale nie minęło.

Dawno nie pisałam. Niby tyle się działo, a jednak jak zawsze wyszło na to, że nic się nie zmieniło. Jedynie tylko tyle, że wzbogaciłam się o kolejne rozczarowanie, kolejny zawód miłosny. Jeżeli mogę dostrzec w tym jakieś pozytywy, to może chociaż to, że zrobiłam wszystko, co mogłam. I myślę, że nie powinnam żałować, choć podobno są momenty, że tragizuję i robię z siebie ofiarę. Taak, za to niektórym się wydaje, że pozjadali wszystkie rozumy świata. 

Myślę, że sprawę można uznać za zamkniętą… Więc dlaczego nie czuję, że to koniec?